niedziela, 23 stycznia 2011
Człowiek w klimacie umiarkowanym

Wiosna, lato, jesień, zima. Przebudzenie, radość, depresja, sen. Człowiek w klimacie umiarkowanym zmienia się co parę miesięcy. Wiosną porządkuje ogród, dom, swoje życie. Myje okna, wyciąga zakurzone zainteresowania i próbuje doprowadzić do porządku swoje nawyki żywieniowe. Przerzuca się na sałatę, rano zmusza się do biegania i szuka na drzewach pierwszych pąków. Wiosną pachnie ziemia, pachnie deszcz, pierwsze kwiaty delikatnie przebijają się przez warstwę błota, a błękitne niebo sprawia że nawet wiele nie myśląc, człowiek się uśmiecha. Powoli wszystko nabiera barw, soczysta zieleń panoszy się na każdym kroku, kwiaty nie są już nieśmiałe, tylko rozlewają się bezwstydnie po krzakach i skwerach. Człowiek też już nie jest taki rozmarzony i sentymentalny jak wiosną. Odkrywa ramiona, zakłada ciemne okulary i czuje się Panem sytuacji. Może nie jeść nic oprócz lodów truskawkowych, a każdą wolną chwilę spędza w parku i na planowaniu wyjazdu nad wodę. Może pić kawę na tarasie mrużąc oczy do słońca i wydaje się że nic nie może zakłócić jego pewności siebie, zachwiać jego wewnętrznej równowagi. Nic bardziej mylnego, ta pewność siebie, długo pielęgnowana równowaga i spokój ducha... wszystko to rozpada się wraz z pierwszą kroplą jesiennego deszczu i spadającymi czerwono-żółtymi liśćmi. Jak to? Więc znów to samo? Znów będzie zimno? W jednej chwili czar pryska. Jeszcze na początku człowiek się broni: Och jaka piękna ta nasza złota jesień, babie lato, tyle kolorów... Może pojedziemy na grzyby? Ach, ta jesień pełna skarbów.... Ale obrona przed podmuchami wiatru nie trwa zbyt długo i wraz ze spadającymi stopniami na termometrze za oknem, cera człowieka szarzeje, a on zapomina  sałacie i lodach, zasiadając przed telewizorem z paczką ciastek na pocieszenie. Spada pierwszy śnieg, pięknie jak w bajce (człowiek się oszukuje). Po chwili śnieg przeistacza się w błotnistą breję, a człowiek klnie, kaszle, psika i pociąga nosem, myśląc tylko o przeprowadzce tam, gdzie zima nigdy  nie nadchodzi. Już sobie nie potrafi wyobrazić drzew pokrytych liśćmi... I pogrąża się w zimowym śnie – wszystko mu jedno. Ale znów w okolicach marca, pierwszy promień słońca rozbudza w nim nadzieję, że może tym razem się uda? Jaki był głupi, że zimą nic mu się nie chciało. Wstyd mu, że spędził kilka miesięcy z gorącą czekoladą przed telewizorem. Z resztą jak spojrzy w lustro to widać, że zaokrąglił się tu i ówdzie... Dość tego, musi z tym zrobić porządek! Od dziś nie będzie jeść słodyczy, trzeba wrócić do sałaty. A kto wie, może jak mu się zachce, to pójdzie znowu pobiegać?

środa, 16 czerwca 2010
Specjalistki - stylistki

Przy okazji zwiedzania sklepów obuwniczych, przy sklepowej witrynie zauważyłam dwie staruszki, głośno komentujące buty na wystawie. Buty Tommiego Hilfigera i takie tam. Jedna staruszka z niedowierzaniem ogląda buty, pochyla się, wyjmuje okulary, znów pochyla się żeby lepiej widzieć i orzeka:

-One są ze szmaty. Całe ze szmaty.

Koleżanka odpowiada usatysfakcjonowana:

-Taaak... Mówiłam ci wszystkie te buty są ze szmat.

Zbulwersowane widokiem, oddalają się...

sobota, 15 maja 2010
Z audiobookiem w świat

Kto by tam słuchał audiobooków? No może starsi ludzie jak już nie mają siły czytać i szukać okularów. Przecież to już najwyższa forma lenistwa, że się nawet nie chce błądzić wzrokiem po kartce, łącząc zgłoski i składając wyrazy. Czy to przewrócenie strony aż takie ciężkie? Tak sobie myślałam ja, namiętny czytacz i wróg audiobooków. A jednak... Tylko krowa nie zmienia poglądów, na próbę do swojego telefonu wgrałam Katedrę w Barcelonie czytaną przez Zapasiewicza. Jak zobaczyłam listę utworów,  178 utworów, to się załamałam, no kiedy ja tego wysłucham, pół roku jedną książkę będę "czytać". Ale się okazało, że minął miesiąc a książkę już skończyłam i z zapałem zaczęłam słuchać drugiej. Słucham ich tylko w tramwajach, autobusach, gdy wędruję ulicami, na trawie w parku dalej wybrałabym starą dobrą papierową książkę. Jednak dzięki audiobookom przestałam tracić czas w korkach, zamiast tych zmarnowanych godzin, poznałam Katedrę w Barcelonie i przeniosłam się do średniowiecznej Katalonii. Książka doskonale się słucha, Zapasiewicz dodaje jej wiele uroku a ja nigdy tak dokładnie nie poznałam treści książki. Jednym słowem, audiobookom od dzisiaj mówię zdecydowane TAK!

piątek, 07 maja 2010
Lekarz z doświadczeniem...

Z lekarzami w naszej szarej rzeczywistości niewiele na szczęście mam wspólnego, ale za to często oglądam amerykańskie seriale: chirurdzy, prywatna praktyka, you name it... I, zauważyłam jedną rzecz: nie ma dobrego lekarza, dobrego policjanta bez ogromnego doświadczenia. Ale wcale nie o doświaczeniu zawodowym mowa, a o doświadczeniu życiowym. Wszyscy główni bohaterowie są po przejściach: rodzice zmarli im w dzieciństwie, byli narkomanami, siostra była alkoholiczką, brat spędził dzieciństwo w poprawczaku, rodzice się rozwiedli albo chociaż się zdradzali. Tyle że te wszystkie problemy wcale nie sprawiają, że wspomnianym bohaterom jest ciężej, wręcz przeciwnie: to ich największy atut, bo w odpowiedniej chwili, rozmawiając z pacjentem czy ofiarą morderstwa, przypominają im się te trudne chwile i dzięki temu mogą mu pomóc:

- Nie rozumiesz mnie (mówi pacjent), jak mógłbyś mnie zrozumieć?

(tu następuje długa znacząca cisza, w oczach lekarza odmalowuje się ból, po chwili otwiera usta by coś powiedzieć, waha się, oczy są już zamglone i nagle patrzy pacjentowi prosto w oczy i..._

- Mój ojciec też był alkoholikiem/narkomanem/bił mnie/moją matkę/nie miał dla mnie czasu/zmarł gdy miałem pięć lat/zostawił mnie w dzieciństwie...

(no i nagle wszystkie problemy są rozwiązane, pacjent znalazł kogoś bliskiego, w końcu ktoś go zrozumiał, no skoro ojciec tego lekarza był taki jak mój, to całkowicie zmienia sprawę...)

Tak właśnie rozwiązuje się problemy drodzy Państwo. I tak sobie myślę, hmm, miałam szczęśliwe dzieciństwo, żadnych patologii, chyba nie czeka mnie sukces....

 

wtorek, 30 marca 2010
Spring Come Back czyli rzecz o błocie

Zima zawsze działa na mnie depresyjnie, choćbym nie wiem jak się broniła - nic nie pomaga, gdy temperatura spada poniżej zera a o 18 można oglądać już gwiazdy, mój humor również ostro pikuje w dół. Ale, ale - ladies and gents: Wiosna wróciła. Co chwilę biegnę do parku i szukam kolejnych dowodów na to że jest: kolejny pąków na drzewach, kwiatków nieśmiało wychylających się ze zmrożonej ziemi. Ale najbardziej działa na mnie zapach - zapach mokrej ziemi, który przywołuje wszystkie chwile kiedy w dzieciństwie babcia podarowała mi własną grządkę w ogrodzie, na której posadziłam wszystko co się da: paprykę, sałatę, szczypiorek, marchewkę... A potem dzielnie walczyłam z konewką podlewając moje warzywa. Ostatnio spacerując po lesie poczułam ten zapach i chodziłam poruszając nosem, otwierając go jak tylko się da najbardziej żeby cała przesiąknąć zapachem. I marzyłam że może kiedyś będę mogła znów mieć to, czym już się kiedyś cieszyłam: własną choćby najmniejszą grządkę, która pomieści cały świat.

sobota, 14 listopada 2009
Słońca!

Strasznie tęsknię za latem... Wiecie czemu? Bo są poziomki, koktajl z truskawek, można wyjść z domu wieczorem do parku, można jeździć na rolkach, można czytać książkę na kocu, popływać w jeziorze, ponarzekać że tak gorąco...

I jak mnie dopada taka tęsknota za latem, to zaczynam oglądać filmy, w których słońce gra główną rolę. Strasznie głupie czasem te filmy*, ale jest w nich wszystko czego mi brakuje. Wakacje w Mojej Wielkiej Greckiej Wycieczce, nagrzane słońcem winogrona w Dobrym Roku, malownicze wzgórza w Pod Słońcem Toskanii...

No a już prawdziwą kwintesencją lata jest Słoneczny Patrol ;) Pamiętacie?

*wymienione powyżej filmy polecam tylko ludziom skrajnie pogrążonym w tęsknocie za latem! w przypadku ludzi oczekujących czegoś bardziej ambitnego, oglądanie grozi rozczarowaniem!!!

 

czwartek, 12 listopada 2009
Kocham, nie krzyczę?

Bardzo popieram akcje "Kocham, nie biję", Kocham, reaguję" i myślę, że to dobrze, że takie akcje uświadamiające istnieją. Nie mam jeszcze swoich dzieci, więc żadnym specjalistą od wychowywania potomstwa nie jestem. Zauważyłam jednak coś niepokojącego: w sklepach, w restauracjach. Rozpisywać się na temat krzyczących/płaczących/biegających dzieci nie będę, bo każdy pewnie kiedyś znalazł się w sytuacji, że nie mógł spokojnie dokończyć obiadu w restauracji, bo dzieci biegały dookoła stołu krzycząc i przeszkadzając albo w kościele, w którym dzieci biegające przed ołtarzem tak skutecznie rozpraszały uwagę, że nic nie dało się zrozumieć z kazania. We wrześniowym "Bluszczu" napisała na ten temat Małgorzata Kalicińska i bardzo się z nią zgadzam"Lubię dzieci, ale nie te, wychowane przez swoich głupich rodziców, których, niestety, głupi psychologowie wpędzili w jakieś kompletnie idiotyczne teorie bezstresowego rozwoju, za które już niejeden siwy profesor publicznie przeprosił i udowodnił, że to ślepa uliczka, że dzieci trzeba wychowywać..." I tak właśnie przejeżdżając ostatnio codziennie obok billboardu "Kocham, nie krzyczę", pomyślałam sobie, że to już chyba przesada, że krzyk (oczywiście nie ciągły, ale uzasadniony) to naturalna metoda wychowania dziecka, że od krzyku nikt jeszcze strasznie nie ucierpiał, że to jednak nie to samo co bicie... Taka przesada moim zdaniem w akcjach społecznych działa tylko na ich niekorzyść, bo je ośmiesza. I nie chciałabym żeby takie "Kocham, nie krzyczę" doprowadziło w konsekwencji do "Kocham, nie wychowuję"...


środa, 04 listopada 2009
If it be your will...

Dużo się w międzyczasie pozmieniało, znalazłam pracę, potem ją rzuciłam, miałam dni zapełnione od rana do nocy, a teraz siedzę znowu z kubkiem gorącej herbaty i mam wolny dzień. No więc może w końcu znajdę czas, żeby napisać, o tym czego słucham, o tym że już tęsknię za latem, o tym co dzisiaj na moim talerzu...

A to piosenka, której słucham na okrągło, na słuchawkach, w autobusie, na spacerze i przed snem. I nie mogę przestać.

niedziela, 27 września 2009
Czy on kpi?!

To jest właśnie mój kot. I widać co myśli o robieniu mu głupich zdjęć ;)

czwartek, 17 września 2009
A jak wygląda Twój życiorys?

Powiem szczerze, nie mam nic wspólnego z kadrami, HRami, nigdy wcześniej nie zajmowałam się wybieraniem kogoś, kto zostanie zatrudniony. Ale tak się jakos złożyło, że teraz przeglądam cv i listy motywacyjne szukając idealnego pracownika. Wydawało mi się - bułka z masłem. Ale jednak... Co ci ludzie nie wymyslą...

Piszą w listach o swoim dzieciństwie i lekcjach muzyki, zapominają wpisać doświadczenie, a przede wszystkim, co mnie strasznie zdziwiło, aplikują na dużo niższe stanowisko niż mogłoby wskazywać ich doświadczenie i wykształcenie. I oni odpadają od razu - bo co jest ważniejsze niż wiara we własne możliwości i samoocena? I pojawiają się dylematy: kogo wybrać? Kogoś po dwóch kierunkach, ze studiami podyplomowymi, kto pracował w UK w restauracji czy kogos kto studiów jeszcze nie skończyl, ale pracę zaczął juz od samego początku, ma w doświadczeniu kilka staży, praktyk i prace wakacyjne? Myślałam i wiem już jaki jest mój typ: ci młodzi-waleczni ;) Ale czy to dobry wybór? Pewnie okaże się w ciągu miesiąca. A póki co, czekają mnie jeszcze rozmowy kwalifikacyjne (ciekawe kto będzie bardziej zestresowany: ja czy oni :D).

15:02, jardindemots , na marginesie
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3